wtorek, 19 lipca 2016

LUBELSKA SZKOŁA MĘDRCÓW

Jadąc ul. Lubartowską w kierunku Galerii Olimp mija się pewien piękny i okazały, choć mało ściągający uwagę Lublinian budynek. Mieści się w nim m.in. Hotel Ilan oraz synagoga. Obecnie Galeria Olimp jest jednym z ważniejszych punktów na mapie miasta. I jednym z miejsc, o którym dość często mówi się w codziennych rozmowach. Natomiast przed II wojną światową, to właśnie ten wspomniany przeze mnie budynek był jedną z ‘gwiazd’ Lublina. Lublin, Lubartowska 85, był przed wojną jednym z najbardziej znanych polskich adresów. W tym miejscu w 1930 r. powstała największa na świecie uczelnia talmudyczna (Lubelska Szkoła Mędrców). Dzięki niej Lublin nazywano Żydowskim Oxfordem. Drugi taki ośrodek kształcenia rabinów, choć nie tak wielki, znajdował się w Nowym Jorku. Lubelską uczelnię założył rabin i rektor Majer Jehuda Szafira, pierwszy ortodoksyjny poseł żydowski na Sejm II Rzeczypospolitej (I kadencji).
Szkoła powstała dzięki datkom Żydów z całego świata. Uczelnia posiadała 20 sal wykładowych, bibliotekę liczącą 40 tys. pozycji (większość została spalona przez nazistów w 1940 r.), ogród z 12 tys. drzew oraz rytualną łaźnię (mykwa). Dzięki wysokiemu poziomowi do szkoły szybko zaczęli przyjeżdżać studenci z zagranicy, w tym z tak odległych państw, jak Chile i Palestyna.
Fakt ten dowodzi, jak ważnym i jak bardzo znanym ośrodkiem w świecie żydowskim był niegdyś Lublin.
A może by tak - zamiast wytykać sobie antysemityzm, co niczego nie buduje i do nikąd nie prowadzi, wywołuje za to skoki ciśnienia – skupić się z całych sił na jakimś konstruktywnym działaniu? Przynoszącym zyski wymierne i niewymierne? Chociażby na stworzeniu jakiegoś międzynarodowego festiwalu, np. muzycznego, który będzie odwoływał się do dawnego żydowskiego charakteru Lublina. I nie mam tu na myśli, że kilka lokalnych grup klezmerskich, gdzieś w jakimś ustronnym miejscu poplumka sobie na pianinach i pofiluje na klarnetach. Mówię o wydarzeniu na wielką skalę i o międzynarodowej promocji takiego wydarzenia. Tak, żeby to wydarzenie przyniosło dochód miastu i wypromowało je, choćby na samej tylko mapie kulturalnej Europy.
Kraków ma swój Festiwal Kultury Żydowskiej, zwieńczony finałowym koncertem ‘Szalom na Szerokiej’ na krakowskim Kazimierzu, który co roku transmituje telewizja. Wzorce już są. Tylko czerpać. Nie mówię o kopiowaniu, zżynaniu pomysłów – mówię o inspiracji.
Wracam z uporem maniaka do tematu promocji miasta w oparciu o spuściznę kultury żydowskiej, bo uważam, że gra jest warta zachodu i naiwnie wierzę, że - jak dosadnie ujął to Mao Zedong - jedną szpilką można zabić słonia – trzeba mieć tylko wystarczająco dużo cierpliwości.

Mówi się, że pieniądze leżą na ulicy. Coś w tym jest. Tyle, że często one sobie tak leżą, leżą... I tak się po nich depcze, depcze...  

                                                                                             Frocyn

GOLEM

Czy symbol czeskiej Pragi – jest dobrem kultury polskiej?
Wiele wskazuje na to, że tak. Słynny praski golem powstał w Chełmie i dopiero potem ujawnił się w Pradze.
Historia praskiego golema jest jedną ze znanych na świecie legend naszej części Europy. Opowiada o stworze z gliny, ożywionym przez rabina Loewa za pomocą kabalistycznego zaklęcia pod koniec XVI w. w Pradze. Golem pomagał Żydom przy codziennych zajęciach, a także chronił przed atakami i oskarżeniami. Jednak pewnego dnia rabin stracił kontrolę nad swym dziełem. Golem wpadł w szał, zaczął atakować ludzi i niszczyć wszystko dookoła. Loew unicestwił go, usuwając z glinianego ciała magiczne zaklęcie. Od tego czasu szczątki stwora leżą podobno na strychu synagogi Staronowej w Pradze.
Ta wersja legendy jest powszechnie znana na świecie i od lat przynosi Pradze wymierne korzyści. Prażanie bowiem nie omieszkali wypromować i dobrze sprzedać w popkulturze mitu związanego z ich miastem. Tyle, że pierwsze wzmianki o praskim golemie pojawiają się w drukach w języku czeskim dopiero w połowie XIX w., czyli 200 lat po śmierci rabina Loewa. W tym czasie w źródłach kronikarskich i to już od XVII w. funkcjonuje analogiczna wersja legendy w języku polskim... W podobnych latach, jak w Pradze rabin Loew, działał w Chełmie rabin Baal-Szem, z którym wiąże się łudząco podobna historia golema.
Wszystko więc wskazuje na to, że słynna praska legenda narodziła się tak naprawdę w Chełmie i w XIX wieku przeniknęła do Pragi. Było to możliwe m.in. dzięki temu, że zarówno Praga, Lublin, jak i Chełm znajdowały się przez pewien czas w granicach tego samego państwa – Austro-Węgier, dzieki czemu przepływ informacji i wymiana kulturowa stały się dużo łatwiejsze i szybsze.
To, że chełmianie przed wiekami wypuścili z rąk rodzimą, ‘złotodajną’ – jak się później okazało - legendę i pozwolili na niej zarobić czeskim sąsiadom, to jedno. Być może nie mieli wtedy do tego głowy, zagapili się. Bywa. Ale to, że nadal nie próbują o nią walczyć, nadal nie podejmują tematu, na którym można ‘wypłynąć’, to już zupełnie inna para kaloszy. Golem praski jest czymś co dodaje blasku samej Pradze. A w Chełmie mało kto zna legendę o miejscowym golemie. Nie wspominając już, że miasto nie wykorzystuje jej marketingowo. Zadowala się swoim duchem-bieluchem w kopalni kredy. No ale na takim ‘paliwie’ marketingowym daleko się nie pojedzie... Szkoda. Zwłaszcza, że w USA w latach 40-tych powstał na bazie chełmskiej legendy film animowany, opowiadający o chełmskich Żydach. Tam o golemie z Chełma słyszeli...

                                                                                           Frocyn

REAKCJE

Podczas jednego ze spektakli „Pani Bovary” w Teatrze im. J. Osterwy w Lublinie, tak gdzieś w jego połowie, jeden z widzów siedzących w pierwszym rzędzie zasłabł i osunął się na podłogę. Spektakl przerwano, aktorzy zajęli się chorym, inspicjent wezwała karetkę i po chwili mężczyznę odwieziono do szpitala. Po kilku minutach wznowiliśmy grę i już bez większych przeszkód dobrnęliśmy do finału. Zaskakująca w tym zdarzeniu była reakcja widzów. A konkretnie - brak reakcji. Na początku można było sądzić, że to część spektaklu – taka interakcja z widzem. Ale po chwili było już jasne, że naprawdę dzieje się coś niedobrego. A ludzie siedzieli i patrzyli... Zero reakcji. Na pytanie: „Czy jest na widowni lekarz?” nikt nie odpowiedział. Ani przecząco, ani twierdząco. Również żona mężczyzny, który zasłabł siedziała i patrzyła na wszystko, jak na film. Jej własny mąż leżał na podłodze, pani inspicjent, aktorzy i obsługa widowni zajmowały się nim, a kobieta nic... Zdawała się mieć w głowie monolog: „To się nie dzieje. Tego nie ma.” Najwyraźniej tak była sparaliżowana faktem, że z powodu jej męża przerwano spektakl i tym, że „ludzie patrzą” i „co ludzie powiedzą”, że całkowicie odjęło jej to zdolność reagowania.
Innym razem – przy okazji grania innego tytułu - na widowni siedział wyjątkowo niesforny widz. Przez cały czas komentował na głos akcję sztuki. Przeszkadzał i denerwował aktorów. A kobieta, z którą przyszedł, zamiast zwrócić uwagę swojemu chyba-mężowi, czy nawet poprosić go o wyjście, wyprężyła się w fotelu, wbiła wzrok w scenę i z całych sił udawała, że nie ma z tym panem nic wspólnego. Intensywnie oglądała sztukę. Udawała, że on nie istnieje i ona w ogóle nie jest z nim. Ale on, niestety zwracał się wyłącznie do niej...
Mam wrażenie, że pokutuje tu wychowanie w błędnie rozumianej kulturze bycia w teatrze. Bo, jak wpajają od pokoleń nauczycielki uczniom, w teatrze trzeba być kulturalnym: ubrać się w garnitur i krawat, siedzieć prosto, nie reagować, nie rozmawiać, nie oddychać i broń Boże nie śmiać się! Tylko oglądać. Tylko!

Zatem do wiadomości szanownych widzów, w tym żon: w teatrze żyjemy! Reagujemy. Oddychamy. W teatrze mamy się odprężyć. Jak scena nas śmieszy, to się śmiejemy. Jak wzrusza – to ronimy łezkę. Jak spektakl nam się podoba, to nagradzamy artystów gromkimi oklaskami. Aktorzy właśnie tego pragną: żywych, prawdziwych reakcji widzów. Natomiast, jak nasz mąż nie umie się zachować w teatrze, to go upominamy, żeby się uspokoił. Wyprowadzamy z budynku, żeby nam wstydu nie robił. A jak nasz mąż zemdleje i upadnie na podłogę, to mu pomagamy. Podnosimy pupę z fotela i go ratujemy. Bo to jest nasz mąż. Który potrzebuje naszej pomocy. I jego zdrowie jest w tej chwili dużo ważniejsze od tego, że „ludzie patrzą”...

                                                                                                      Frocyn

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

PRZERWANA CIĄGŁOŚĆ?

Michał Tarkowski – Warszawiak, polski reżyser, scenarzysta i aktor filmowy. Współtwórca legendarnej grupy kabaretowej Salon Niezależnych. Absolwent architektury na Politechnice Warszawskiej i reżyserii w PWSFTviT w Łodzi. Jako aktor filmowy związany był z nurtem kina ‘moralnego niepokoju’ lat 70-tych i 80-tych (tak, kochana młodzieży – najpierw powstał taki nurt w polskim kinie, a dopiero później kabaret o takiej nazwie!). Grywał role drugoplanowe i epizody, ale jego postacie zawsze zapadały głęboko w pamięć i pojawiały się na ekranie, by wypowiedzieć słowa istotne dla wydźwięku całego filmu. ‘Iluminacja’ Zanussiego, ‘Personel’ i ‘Blizna’ Kieślowskiego, ‘Człowiek z marmuru’ Wajdy, ‘Gorączka’ Holland, ‘Kung-Fu’ Kijowskiego, ‘Wodzirej’, ‘Był jazz’, ‘Bohater roku’ Falka, ‘Qvo vadis’ Kawalerowicza – to tylko niektóre tytuły filmów, w jakich brał udział.
Filmy te ukształtowały mnie, jako człowieka i moje spojrzenie na kwestie artystyczne, społeczne, moralne, historyczne, polityczne. Wychowałem się ‘karmiony’ tymi filmami, a słowa wypowiadane przez Tarkowskiego na ekranie zapadły we mnie na całe życie. Piszę o tym artyście, bo niedawno spotkałem go w salonie T- Mobile. Po latach życia w stolicy sprowadził się do Lublina - tu są jego rodzinne korzenie. Uderzył mnie fakt, że na kilkanaście osób, jakie były w salonie chyba tylko ja wiedziałem kto właśnie wszedł... Nie wiem kim trzeba być i co w życiu osiągnąć, żeby zasłużyć u nas na uznanie. Jeśli człowiek o takim życiorysie nie jest powszechnie rozpoznawany, to coś tu nie gra... W ciągu ostatnich kilkunastu lat chyba została przerwana jakaś ciągłość pokoleniowa i kulturowa. Kiedy jakiemuś ‘młodemu’ wymieniam powyższe filmy, to widzę, że on nie bardzo wie o czym mówię... Podobnie jest z szeroko pojętą literaturą klasyczną, poezją, muzyką... Jakby się dziwił, że przed 2000 rokiem ktoś coś w ogóle pisał, nagrywał, kręcił filmy. Nie wiem kto tu nawalił. Bo ktoś coś spaprał. Nastąpiło jakieś potworne tąpnięcie. Jakby w ciągu jednego pokolenia ktoś wymienił cały kod kulturowy. Żeby z człowiekiem raptem o pół pokolenia młodszym nie było można się dogadać nawet na poziomie obejrzanych filmów?? Przecież nie było masowych egzekucji, wywózek na Sybir, bombardowań. Część winy ponoszą tutaj rodzice, którzy wychowywali swoje dzieci na... No właśnie – na czym?... I szkoła, która za pomocą bzdurnych testów uczy głównie cwaniactwa i bezmyślności. Ale chyba nie całkiem tutaj jest pies pogrzebany. A sprawa, wbrew pozorom, jest bardzo poważna. Bo nie możemy się dogadać. Zbiera się doświadczenie, po to, żeby przekazać je następcom i odejść w poczuciu dobrze wypełnionej misji. Ale jak tu przekazywać, kiedy nie można się porozumieć, bo rozmówca nie wie o czym się mówi? I pewnie myśli, że to w jakimś narzeczu Suahili...

                   
                                                                                                  Frocyn 

poniedziałek, 15 lutego 2016

POWOŁANIE AKTORA

Jednym z wielkich twórców polskiego teatru, jacy przewinęli się (a lista nazwisk jest długa i imponująca) przez scenę Teatru im. Juliusza Osterwy (dawniej Teatr Miejski) w Lublinie był Stefan Jaracz. Ten ur. w 1883 r. aktor teatralny i filmowy, reżyser, pisarz i publicysta, założyciel i dyrektor Teatru Ateneum w Warszawie, 5 września 1939 r., podczas próby otrzymał wiadomość, że Warszawa ma być oddana napierającej armii niemieckiej, a polski rząd ewakuuje się do Lublina. Wyjeżdżając z Warszawy z kilkoma bliskimi współpracownikami i córką, opuszczając swoje Ateneum, myślał Jaracz o kontynuowaniu pracy w Lublinie, skompletowaniu tutaj zespołu aktorskiego i wystawianiu sztuk. W Lublinie zamieszkał nie opodal budynku teatralnego, w domu stojącym u zbiegu ulic Peowiaków i Kołłątaja. Stało się jednak tak, że nie zdołano odeprzeć ataków niemieckich i po serii bombardowań miasta 17 września do Lublina wkroczył Wehrmacht.
Pierwsze tygodnie okupacji niemieckiej były dość łagodne. W teatrze lubelskim zaczęto, więc myśleć o wznowieniu przedstawień. Stefan Jaracz, który pod nieobecność formalnego, stał się faktycznym dyrektorem sceny lubelskiej, był zdania, że właśnie teraz należy starać się, aby ze sceny rozbrzmiewało polskie słowo, że powołaniem aktorów jest podtrzymywanie ducha u współrodaków. Wystawiono dwuaktową komedię Korzeniowskiego ‘Majster i czeladnik’. Reżyserował tę sztukę i kreował w niej główną rolę sam Jaracz. Publiczność uczciła występ wielkiego aktora huraganowymi oklaskami. Ale może jeszcze większą satysfakcję przeżywał Jaracz przed samym przedstawieniem: gdy widział, jak do nowo objętego przez niego teatru ciągną tłumy ludzi. Po tym sukcesie udało się doprowadzić do jeszcze jednej premiery: ‘Lekkomyślnej siostry’ Perzyńskiego. Tę sztukę także wyreżyserował Jaracz i zagrał w niej postać Topolskiego. Była to ostatnia premiera, bowiem w Lublinie zjawiło się gestapo i niemiecki terror rozpoczął się na dobre. W pierwszych dniach listopada Stefan Jaracz wrócił do Warszawy, licząc, że uda mu się kontynuować swoją misję, jako dyrektora Teatru Ateneum. Do otwarcia tego teatru za okupacji niemieckiej nigdy jednak nie doszło. W teatrze lubelskim w połowie listopada 1939 r. zjawili się Niemcy i zapieczętowali wejście na scenę, a u drzwi postawili wartę… Stefan Jaracz przez kilka kolejnych lat działał w konspiracji. Trafił nawet na dwa miesiące do obozu koncentracyjnego w Auschwitz. Jednocześnie jego zdrowie wciąż pogarszało się. Zmarł w sierpniu 1945 r. na gruźlicę gardła.
Rola Topolskiego była ostatnią kreacją aktorską Stefana Jaracza. W październiku 1939 na scenie teatru w Lublinie stał on przed publicznością po raz ostatni. Ostatni raz w swoim życiu stał w kostiumie, ze szminką na twarzy, stał na scenie, spoglądając w głęboki, ciepły półmrok widowni… 

                                                                                              Frocyn

poniedziałek, 14 grudnia 2015

'KRADZIEJE' CZASU


Wielki reżyser europejskiego kina, Wojciech Jerzy Hass powiedział kiedyś: „Ukończyłem roczny Kurs Przysposobienia Filmowego w Krakowie i uważam, że to w zupełności wystarczy. Zdolnemu uczniowi wielu profesorów nie jest potrzebnych. Niezdolnemu - wielu profesorów i tak w niczym nie pomoże.” Tuż po wojnie, w latach 1945-1946 działała w Krakowie tzw. ‘krakowska prafilmówka’. W ciągu jednego roku działalności wypuściła ona takich absolwentów, jak: Jerzy Kawalerowicz, Jerzy Passendorfer, Mieczysław Jahoda, czy wymieniony już Wojciech Jerzy Hass. W tym samym czasie, też w Krakowie, przy Teatrze Starym działało Studio Teatralne. Absolwentem tej szkoły był m.in. Tadeusz Łomnicki. Natomiast w Lublinie, przy Teatrze im. Juliusza Osterwy, wiosną 1945 powstało Studio Dramatyczne, następnie przekształcone w Szkołę Dramatyczną. Wykładowcami byli tutaj aktorzy lubelskiego teatru oraz profesorowie KUL. Nauka trwała 2 lata a wśród absolwentów tej szkoły są m.in.: Henryk Bąk, Wiesław Michnikowski, Wojciech Siemion, czy Mieczysław Czechowicz. Wszystkie te szkoły działały przez pierwsze lata po wojnie, po czym ich funkcje przejęły wyższe uczelnie artystyczne w Warszawie, Karkowie, Łodzi i Wrocławiu. W trakcie trwania od 2 do 4 semestrów potrafiły one wykształcić liczną grupę wybitnych artystów polskiego kina i teatru. Z kolei przed wojną działał w Warszawie Państwowy Instytut Sztuki Teatralnej, w którym nauka trwała 3 lata, a do jego absolwentów należą: Tadeusz Fijewski, Nina Andrycz, Edward Dziewoński, Aleksander Bardini, Hanka Bielicka, Jan Świderski, Danuta Szaflarska, Irena Kwiatkowska, Andrzej Łapicki i inni. Na świecie do dzisiaj jest tak, że szkoły aktorskie i filmowe są zazwyczaj rocznym lub dwuletnim kursem. Bo tyle naprawdę wystarczy. Zawody aktora i reżysera, są artystyczne, ale jednocześnie rzemieślnicze. Uczy się ich człowiek przez całe zawodowe życie. W szkole można jedynie nauczyć pewnych podstaw warsztatowych, absolutnego minimum rzemiosła. A na to w zupełności wystarczą 2 do 4 semestrów. Reszty absolwenci powinni uczyć się w pracy, doskonaląc swoje umiejętności przez lata. Naprawdę nie ma sensu okradać młodych ludzi z ich czasu, przeciągając sztucznie okres szkolnej edukacji artystycznej. Przekształcenie po wojnie dwu i trzyletnich szkół w czteroletnie wyższe uczelnie nie było mądrym zabiegiem. Tak twierdzę. Ale przekształcanie ich obecnie w pięcio lub pięcio i pół letnie uczelnie jest już wybitnie niemądre. To niepotrzebne zabieranie czasu i hamowanie olbrzymiej energii skumulowanej w młodych ludziach. Uważam, że wszelkie reformowanie szkół artystycznych powinno iść w kierunku skracania czasu nauki, a nie jego wydłużania.
Ale jak tu teraz wytłumaczyć obecnemu rektorowi wyższej uczelni, że od przyszłego roku będzie już ‘tylko’ DYrektorem?...

WYBORY


Zaskakujące i fascynujące zarazem jest to, jakimi drogami nieraz biegnie nasze życie i jakimi ludźmi stajemy się z biegiem czasu. Jak bardzo potrafimy odbiec od tej wersji nas samych z dzieciństwa, albo z wczesnej młodości. Codziennie dokonujemy wyborów – nieraz bardzo trudnych – które pchają nasze życie w określonym kierunku. I po latach może okazać się, że jesteśmy w absolutnie zaskakującym i innym miejscu swojego życia, niż planowaliśmy na początku. Ale jakie mechanizmy sprawiają, że podejmujemy w danym momencie akurat taką decyzję, akurat taki wybór, a nie całkiem inny, przeciwny?
Nie tak dawno zmarł generał Czesław Kiszczak. Postać całkowicie jednoznaczna historycznie, a wszystko, co chciałbym na jego temat powiedzieć nie nadaje się do druku. Zdecydowanie bardziej złożoną i ciekawszą psychologicznie i kontrowersyjną postacią był jego najpierw podwładny, później przełożony – generał Wojciech Jaruzelski. Postać mocno kontrowersyjna, a jego życiorys paradoksalny. Ci dwaj wysocy oficerowie Ludowego Wojska Polskiego byli nierozerwalnym tandemem. W 1980 roku przejęli władzę w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, nadawali jej kształt przez całą dekadę lat 80-tych, następnie zaś byli głównymi gospodarzami obrad Okrągłego Stołu i nadali kształt całemu ustrojowi III Rzeczypospolitej – ze wszystkimi jej wadami i zaletami. Stali się niejako Ojcami Chrzestnymi III RP. Ale zanim do tego doszło, Wojciech Jaruzelski, który całe dorosłe życie uważał się za prawdziwego, gorliwego komunistę i ateistę, który od drugiej połowy lat 40-tych z pełnym oddaniem zaprowadzał rządy władzy ludowej na ziemiach polskich, wychowywał się i dorastał w rodzinnym Kurowie niedaleko Lublina, jako… rodowity polski szlachcic. Herbu Ślepowron. Kształtowany przez swego ojca i swoją matkę – gorliwą, głęboko wierzącą katoliczkę – w duchu przedwojennie pojmowanego patriotyzmu i przedwojennie pojmowanego katolicyzmu. Odebrał solidne szlacheckie wykształcenie w wysoko opłacanym gimnazjum z internatem. Nie był chłopem, nie był robotnikiem, nie był człowiekiem ‘z ludu’. Był prawdziwym przedwojennym paniczem, synem rządcy majątku, wnukiem powstańca styczniowego, człowiekiem, któremu w szkole i w domu wpajano wrogość do bolszewizmu. Gdy miał 16 lat, wybuchła II wojna światowa, do Kurowa wkroczyła Armia Czerwona i żołnierze radzieccy wypędzili jego, jego rodziców i siostrę z ich rodzinnego domu i wywieźli na Syberię. Tam pracując ponad siły i niedojadając otarł się o śmierć. Przeżył też śmierć swojego ojca, który zmarł na jego rękach. Następnie pojawiła się szansa wcielenia się do polsko-radzieckiej armii formowanej przez Stalina na wschodzie. Ci sami ludzie, którzy niedawno odebrali mu wszystko, teraz wyciągnęli do niego rękę. Z biegiem czasu zaufali mu całkowicie i umożliwili zawrotną karierę najpierw wojskową, potem polityczną. Wojciech Jaruzelski przeszedł cały szlak bojowy od Sielc nad Oką po Berlin, awansował w wojsku stopniowo od chorążego po generała armii. Ten żołnierz LWP najpierw brał udział we wprowadzaniu i umacnianiu komunizmu w Polsce, następnie został Ministrem Obrony PRL za czasów Gomułki i za czasów Gierka. Później sam został I Sekretarzem PZPR, premierem, a w końcu pierwszym prezydentem III RP. Jako jedyny nie Rosjanin w historii został uhonorowany Orderem Lenina – najwyższym odznaczeniem państwowym w ZSRR. Wszystko to otrzymywał w zamian za absolutną wierność swoim rosyjskim mocodawcom. Wierność do końca. Jego działalność polityczna, delikatnie mówiąc nie była ani chlubna, ani z korzyścią dla rodaków. Brał czynny udział w antyżydowskich czystkach w wojsku polskim w marcu 1968 r. Był bezpośrednio odpowiedzialny za otworzenie ognia do robotników w Gdańsku w grudniu 1970. Był głównym autorem stanu wojennego. Był domniemanym inicjatorem zabójstwa księdza Jerzego Popiełuszki. Ale największą jego zbrodnią przeciwko własnemu krajowi, było autorstwo planów rozmieszczenia rakiet jądrowych w razie wojny nuklearnej z USA. Gdyby do takiej doszło, cała wojna radziecko-amerykańska miała odbyć się na naszym terytorium. To w Polsce miały spotkać się ze sobą rosyjskie i amerykańskie rakiety jądrowe. Na Lublin np. miała spaść rakieta 100 kilogramowa… Innymi słowy Wojciech Jaruzelski skwapliwie doradził Rosjanom, w które punkty Polski i jakiej wielkości rakiety powinny spaść, by przeciwdziałać Amerykanom. Przy okazji w Polsce nie pozostałby kamień na kamieniu, a po mieszkańcach tej ziemi nie zostałoby nawet wspomnienie … O tym jak ciężkiego kalibru było to działanie niech świadczy fakt, że w 1987 roku miał miejsce ostatni poważny kryzys jądrowy zimnej wojny. Rosjanie wykryli na swoich radarach lecące w stronę Moskwy amerykańskie rakiety. Wydali rozkaz odpalenia swoich. Człowiek, który miał to wykonać zawahał się przez 2 minuty i nie wykonał rozkazu. Po 2 minutach okazało się, że to nie amerykańskie rakiety, tylko… klucz dzikich gęsi. 2 minuty zawahania uratowały nas wszystkich przed nieistnieniem… Nieistnieniem, które zawdzięczalibyśmy Wojciechowi Jaruzelskiemu.
Jednak wszystkie te działania, dokonania i wybory obarczone były wielkim osobistym dramatem. Matka – kobieta, z którą Jaruzelski do końca czuł się emocjonalnie silnie związany – nigdy nie poparła drogi, jaką wybrał jej syn. Zawsze ubolewała nad jego wyborami. Nie była z niego dumna. Dawała mu odczuć, że zawiódł… Ten człowiek całe życie żył w permanentnym rozdarciu. Dość zaznaczyć, że jako ateista, na łożu śmierci kazał zawiesić sobie nad łóżkiem obraz Matki Boskiej…
Nie czuję się powołany, by tego człowieka oceniać, czy osądzać. Wiem, że nie działał na moją korzyść. Myślę, że od zesłania na Syberię i śmierci ojca powodował nim strach. Paniczny strach. Przerażenie. I to ten strach determinował wszystkie jego późniejsze wybory. By przeżyć i uratować rodzinę wybrał sobie pana i wiernie mu służył. Czy był wielkim człowiekiem? Moim zdaniem był nieprzeciętnym człowiekiem, który podejmował złe wybory. Czy Lubelszczyzna powinna się chwalić swoim krajanem? Hmm… Ale… Tak sobie myślę… Gdyby to mnie w 16 roku życia wypędzono z domu, gdyby to mnie u progu życia zaglądała w oczy śmierć, gdyby to mój tata zmarł z wycieńczenia na moich rękach, to… nie wiem, jakich wyborów bym później dokonywał. Jakim bym dzisiaj był człowiekiem. Naprawdę nie wiem…